Martyna przez osiem lat pracowała w urzędzie miejskim. Miała stałe godziny, przewidywalną pensję i zero satysfakcji. Kiedy urodziła drugie dziecko, postanowiła, że nie wróci. Dziś prowadzi salę zabaw w Krakowie i mówi wprost: bała się, popełniała błędy i nie żałuje ani jednego dnia.
Zanim wszystko się zmieniło
Pracowałaś w urzędzie przez osiem lat. Co w tej pracy dawało Ci poczucie sensu, a co z czasem przestało wystarczać?
Na początku dawało mi dużo. Byłam młoda, dopiero zaczęłam dorosłe życie zawodowe i sama myśl, że mam stałą pracę, umowę na czas nieokreślony i wiem, co będę robić jutro — była uspokajająca. Lubiłam też kontakt z ludźmi, którzy przychodzili po pomoc. To dawało coś konkretnego: człowiek przychodził z problemem, wychodził z rozwiązaniem.
Ale z czasem zaczęłam czuć, że tkwię w miejscu. Procedury się nie zmieniały, zakres obowiązków był ten sam od lat, awanse były powolne i zależały bardziej od stażu niż od tego, co wnosiłaś. Po jakichś pięciu latach zaczęłam rozumieć, że ta praca jest bezpieczna, ale kompletnie nie moja. Po prostu nie byłam tam z wyboru — byłam tam z inercji.
Czy przed urodzeniem dzieci czułaś, że ta ścieżka jest "twoja"?
Szczerze? Nie zastanawiałam się nad tym. To jest chyba najuczciwsza odpowiedź. Skończyłam studia, dostałam pracę, weszłam w rytm. Przez długi czas w ogóle nie stawiałam sobie pytania „czy to jest moje?" — bo nie miałam czasu, bo było wygodnie, bo tak po prostu robiły wszystkie moje koleżanki. Dopiero macierzyństwo wyrwało mnie z tego trybu. Kiedy masz nagle dużo czasu na siedzenie z niemowlęciem i myślenie, zaczynasz zadawać sobie pytania, których wcześniej unikałaś.
Kiedy zorientowałaś się, że nie chcesz wracać? Czy to był jeden moment?
Z pierwszym dzieckiem wróciłam — po roku urlopu, bez większego dramatu. Ale kiedy urodziłam drugą córkę, coś we mnie kliknęło inaczej. Pamiętam, że siedziałam w domu z trzymiesięczną Zosią i wypełniałam jakieś dokumenty, które urząd przysłał mi pocztą — coś do podpisania, formalność. I poczułam fizyczny opór. Nie „nie chce mi się" — ale głębsze „nie, to nie jest moje życie". To był konkretny moment. Potem przez kilka tygodni próbowałam to racjonalizować — może to tylko zmęczenie, może po prostu mam doła — ale to uczucie nie znikało. W końcu powiedziałam mężowi: nie wracam tam.
Macierzyństwo jako punkt zwrotny
Jak macierzyństwo zmieniło to, czego szukałaś zawodowo?
Dało mi bardzo silne poczucie własnych priorytetów. Kiedy masz dzieci, nagle wiesz, co jest ważne, a co jest tylko hałasem. I zaczęłam się zastanawiać: czy chcę, żeby moje córki widziały mamę, która chodzi codziennie do pracy, której nie lubi, i wraca zmęczona i bez energii? To brzmi jak klisza, ale naprawdę tak to poczułam. Chciałam, żeby widziały coś innego. Kogoś, kto buduje coś swojego i jest z tego dumny.
Poza tym — i to jest może bardziej przyziemne — macierzyństwo pokazało mi, że jestem w stanie zarządzać chaosem. Dwójka małych dzieci to nieustanna logistyka, reagowanie na nieprzewidziane sytuacje, multitasking bez końca. Pomyślałam: skoro daję radę z tym, to może daję radę z własnym biznesem.
Czytelniczki naszego magazynu często mówią, że po urodzeniu dzieci czują się "zagubione zawodowo". Czy tak było u Ciebie?
Tak, tylko że ja przez długi czas nie nazywałam tego zagubieniem. Tłumaczyłam sobie, że to zwykłe zmęczenie, że to przejdzie, że każda mama tak ma. Dopiero kiedy zaczęłam rozmawiać z innymi kobietami — na placu zabaw, na grupie online dla mam — zobaczyłam, że wiele z nas siedzi w tym samym miejscu. Wiedziałyśmy, czego nie chcemy. Nie wiedziałyśmy, czego chcemy.
Ta faza „wiem, że nie to" bez „ale co zamiast tego" jest naprawdę trudna. Bo nie możesz nikomu powiedzieć, co planujesz, bo jeszcze nie wiesz. Czujesz się niepoważnie.
Czy miałaś kogoś, kto pomógł Ci zebrać myśli?
Mąż był pierwszą osobą, która powiedziała „to zróbmy coś innego" zamiast „ale masz przecież dobrą pracę". To było kluczowe. Bez tego wsparcia pewnie bym wróciła do urzędu i udawała, że jest okej.
Poza tym trafiłam w tamtym czasie na kilka wywiadów z kobietami, które zakładały własne biznesy — właśnie na takich stronach jak wasza. To brzmi może banalnie, ale czytanie o kimś, kto był w podobnym miejscu i wyszedł z niego, naprawdę robi różnicę. Przestajesz myśleć, że jesteś jedyną osobą z takim problemem.
Skąd pomysł na salę zabaw
Skąd w ogóle wziął się ten pomysł?
Z frustracji, szczerze mówiąc. Chodziłam z córkami na różne sale zabaw w Krakowie i bardzo często coś mnie irytowało — bałagan, stare wyposażenie, obsługa, która patrzy w telefon, brak przestrzeni dla rodziców żeby usiąść wygodnie i wypić kawę. Pamiętam, jak po jednej takiej wizycie powiedziałam do koleżanki: „sama bym to lepiej zrobiła". A ona spojrzała na mnie i mówi: „no to zrób".
To był zalążek. Potem przez kilka miesięcy analizowałam rynek — ile jest sal w Krakowie, co oferują, co piszą klientki w opiniach, czego brakuje. I zaczęłam widzieć lukę: większość sal jest albo bardzo tania i podstawowa, albo bardzo droga i przeładowana atrakcjami. A środek — miejsce czyste, zadbane, z dobrą kawą dla rodziców i przemyślaną ofertą urodzinową — był słabo obsadzony.
Bałaś się skali tego przedsięwzięcia?
Bardzo. Sala zabaw to nie jest biznes, który zaczynasz od laptopa w salonie. Potrzebujesz lokalu, wyposażenia, zezwoleń, pracowników. Koszty wejścia są realne i duże. Przez jakiś czas to mnie paraliżowało — ten rachunek był za każdym razem przerażający.
Ale jednocześnie myślałam: jeśli nie teraz, to kiedy? Dzieci są małe, mam energię, mam czas zanim pójdą do szkoły i ich kalendarz stanie się moim kalendarzem. Okno było internaucie otwarte i czułam, że jak je zamknę „na potem", to już go nie otworzę.
Czy rozważałaś coś mniejszego, bezpieczniejszego?
Tak. Myślałam o pracy jako wirtualna asystentka, o robieniu tortów na zamówienie, nawet o kursach online. Ale jakoś nie czułam żadnej z tych opcji. Sala zabaw miała w sobie coś, co inne pomysły nie miały — mogłam ją zobaczyć. Miałam w głowie obraz tego miejsca, zanim jeszcze podpisałam jakąkolwiek umowę. I ten obraz mnie napędzał, nawet kiedy bałam się liczb.
Budowanie — decyzje i trudności
Kraków to duży rynek z wieloma salami. Jak podeszłaś do tematu konkurencji?
Pojechałam do kilku jako klientka i patrzyłam bardzo uważnie. Nie po to, żeby kopiować, ale żeby rozumieć, co robią dobrze, a co jest słabym punktem. Konkurencja mnie bardziej mobilizowała niż hamowała — bo widziałam, że są rzeczy, które można zrobić lepiej.
Postanowiłam też skupić się na konkretnej niszy: urodziny dla dzieci. To jest produkt, który można dobrze przygotować, ładnie opakować i który generuje powtarzalne przychody. Zamiast walczyć ze wszystkimi o każdego klienta z ulicy, chciałam być pierwszym wyborem dla rodziców planujących urodziny.
Co okazało się trudniejsze, niż zakładałaś?
Znalezienie dobrego lokalu zajęło mi dwa razy tyle czasu, ile planowałam. Oglądałam dziesiątki miejsc — albo za małe, albo za drogie, albo właściciel miał dziwne warunki. To był wyczerpujący proces. Człowiek wyobraża sobie, że szybko coś znajdzie, i nagle okazuje się, że mija pół roku i nadal szukasz.
Poza tym — formalności. Wiedziałam, że będą, ale nie wiedziałam, że będzie ich aż tyle. Sanepid, straż pożarna, zezwolenia, ubezpieczenia. Gdybym nie miała dobrego księgowego od początku, pewnie bym się w tym pogubiła.
Od redakcji: jeśli myślisz o podobnym biznesie, polecamy praktyczny poradnik: Jak otworzyć bawialnię w 2026 roku.
Były momenty zwątpienia?
Tak. Jeden był szczególnie trudny — dwa tygodnie przed otwarciem, kiedy okazało się, że ekipa remontowa nie skończy na czas i musiałam przesunąć datę o trzy tygodnie. Już miałam zrobioną komunikację, zapisane pierwsze urodziny, wysłany newsletter. I nagle wszystko do tyłu.
Siedziałam wtedy wieczorem z mężem i powiedziałam mu: może to znak, że to nie ma sensu. A on zapytał: „ale czy coś ci się zepsuło na poziomie pomysłu, czy tylko na poziomie harmonogramu?" I to pytanie mnie ustawiło. Harmonogram się posypał. Pomysł był nadal dobry.
Jak pogodziłaś budowanie biznesu z byciem mamą?
Szczerze — nie zawsze mi to wychodziło. Były tygodnie, kiedy pracowałam po nocach i w weekendy, i czułam się winna wobec dzieci. Były też dni, kiedy poświęcałam cały czas córkom i czułam presję, że biznes stoi.
Nauczyłam się dwóch rzeczy. Po pierwsze: nie ma czegoś takiego jak idealna równowaga — są tylko tygodnie, w których jedno jest ważniejsze, i tygodnie, w których drugie. Po drugie: musiałam odpuścić perfekcję w obu rolach. Nie muszę być idealną mamą ani idealną przedsiębiorczą. Wystarczy, że jestem wystarczająco dobra w obu.
Tożsamość i zmiana
Czego musiałaś się nauczyć od zera, a co z urzędu niespodziewanie się przydało?
Od zera: sprzedaż i marketing. W urzędzie nikt nie myśli o tym, żeby pozyskać klienta — klienci przychodzą sami, bo muszą. W biznesie to jest coś, co musisz robić aktywnie, i na początku było to dla mnie bardzo niekomfortowe. Nie lubiłam „sprzedawać się". Musiałam przepracować przekonanie, że oferowanie czegoś ludziom jest nachalne.
A co się przydało? Praca z dokumentami i procedurami, komunikacja formalna, cierpliwość w kontaktach z urzędami — bo wiem, jak one działają od środka. I — to może śmieszne — nawyk punktualności. W urzędzie nie ma dyskusji o tym, że zaczynasz o 7:30. Ten nawyk wzięłam ze sobą i dziś wymagam go od swojego zespołu.
Jak zmieniło się Twoje poczucie własnej wartości zawodowej?
Drastycznie. Przez lata w urzędzie moja wartość była zdefiniowana przez stanowisko i tabelę zaszeregowania. Wiedziałam, ile zarabiam, bo tak wynikało z przepisów, nie dlatego, że ktoś oceniał moją pracę.
Kiedy założyłam własny biznes, pierwszy raz poczułam, że efekty zależą ode mnie. Że jeśli zrobię coś dobrze, to bezpośrednio przekłada się na to, ile mam klientów. To jest jednocześnie przerażające i niesamowicie motywujące. Zaczęłam wierzyć w siebie nie dlatego, że ktoś mi powiedział, że jestem dobra — ale dlatego, że sama widziałam wyniki.
Czy otoczenie traktowało salę zabaw poważnie jako biznes?
Część nie. Słyszałam komentarze w stylu „ach, takie place zabaw dla dzieci" — jakby to było hobby, nie firma. Kilka razy, kiedy mówiłam, że nie wróciłam do pracy „bo mam swój biznes", ludzie pytali z taką miną: „ale na poważnie, to co teraz robisz?". To bolało.
Ale przestałam wyjaśniać i udowadniać. Kiedy zaczęłam mówić o przychodach, o liczbie obsłużonych urodzin, o planach rozbudowy — rozmowa się zmieniała. Liczby działają lepiej niż tłumaczenie.
Dla kobiet, które stoją przed podobnym wyborem
Co powiedziałabyś kobiecie, która siedzi na urlopie macierzyńskim i wie, że nie chce wracać do starej pracy, ale się boi?
Że strach jest normalny i nie musi znikać, żeby zacząć działać. Ja działałam przestraszona przez pierwsze dwa lata. Ale bałam się i działałam jednocześnie — i to jest różnica między kobietami, które coś zmieniają, a kobietami, które wracają do miejsca, które ich nie satysfakcjonuje, bo czekają aż strach minie.
Powiedziałabym też: nie musisz mieć gotowego planu na wszystko. Musisz mieć tylko jasność co do następnego kroku. Mój pierwszy krok to było po prostu: porozmawiam z kimś, kto ma własną małą firmę i zapytam, jak to wygląda od środka. To wszystko. Nie biznesplan, nie kredyt, nie rezygnacja z pracy. Jedna rozmowa.
Czy jest coś, co zrobiłabyś inaczej?
Zaczęłabym wcześniej budować obecność w internecie — Google, social media. Przez pierwsze miesiące skupiałam się na tym, żeby lokal był idealny, na fizyczne rzeczy. A klientki szukają sali przez telefon, zanim w ogóle do mnie dotrą. Gdybym wcześniej zadbała o opinie, o zdjęcia, o widoczność — pierwsze tygodnie po otwarciu byłyby mniej nerwowe.
Druga rzecz: szybciej uporządkowałabym proces organizacji urodzin. Na początku wszystko miałam w notatkach, arkuszach i wiadomościach. Działało, ale zajmowało za dużo czasu i łatwo było coś przeoczyć. Teraz korzystam z bday.love i naprawdę mi to ułatwia — urodziny i bilety na warsztaty sprzedaję online, co jest dość przydatne... Przy kilku imprezach urodzinowych w tygodniu taka organizacja robi ogromną różnicę.
Poleciłabym tę drogę? Tak, ale uczciwie: to nie jest łatwe. Są dni, kiedy tęsknię za tym, że o 16:00 można zamknąć komputer i przestać myśleć o robocie. Teraz myślę o niej zawsze — i to jest cena, którą trzeba być gotową zapłacić.
Co sprawia, że rano wstajesz i cieszysz się na ten dzień?
To, że to jest moje. Każda dekoracja w tej sali, każda zasada, którą ustaliłam dla swojego zespołu, każda mama, która pisze mi, że urodziny jej dziecka były idealne — to jest coś, co zbudowałam od zera. Nikt mi tego nie przydzielił. Nikt nie mógłby mi tego też odebrać.
I dzieci, które słyszę przez ścianę. Krzyczą ze szczęścia. Trudno wstać rano niechętnie, kiedy to jest Twoja praca.